ConTROLL

Permanentna inwigilacja!!!

Archiwum kategorii ‘trzy słowa do…’

Jedyna dobra Bella to Jogobella :P

Posted by Nurgling w dniu 24/06/2010

Skończyłem czytać … Zmierzch :) 100 stron na godzinę. I powiem szczerze – nie jest to dobra książka. Film zawarł w sobie całą zawartość ponad 400 stron. Całą. Spodziewałem się kilku różnic bądź dodatkowych wątków czy informacji A tu zero. Nada.

Nuda – słabe romansidło, na którego znajduje się pewien śmieszny tekst: „ … porywająca opowieść o miłości, łącząca cechy horroru, romansu i powieści o dojrzewaniu.” Porywająca jest niczym nurt Anakh w porze suszy, za element horroru służy nam główna bohaterka, którą kilkukrotnie starają się zamordować własne nogi (laska m.in. nie umie grać w siatkówkę, zabija ludzi rakietką do badmintona), romans jest… w rodzaju „patrzymy na siebie na stołówce szkolnej”, a dojrzewanie… – dla mnie to słowo oznacza po krotce proces, w którym młody człowiek zmienia się z naładowanego hormonami psychopaty w odpowiedzialną jednostkę. Bella nie dojrzewa – jest. Jest taka sama przez całą książkę. Jednym słowem – strata czasu.

Ale teraz z innej beczki: nie wiem czy zauważyliście, że ludzie coraz częściej stawiają się “naciskowi środowiska”: nie przeczytam, nie obejrzę – wszyscy to robią, ja nie mam zamiaru. W przypadku ww. książki jest to dobry wybór – jednakże czasami odbierają sobie perełki. Czy naprawdę już każdy chce być taki wyjątkowy? Jak dla mnie bzdura.

Opublikowany w trzy słowa do... | Zostaw Komentarz »

Grill u Nurglinga

Posted by Nurgling w dniu 25/04/2010

!!! HA !!!

U Nurglinga się pozmieniało – trzeba zamknąć jeden etap życia i ruszyć do przodu…

… co ja bzdurze!!! Zacznijmy jeszcze raz:

Serdecznie zapraszam na wystrzałowe grillowanie.

Kiedy: 1 maja godz 16.00 – 88.99

Gdzie: Łódź ul. Matejki 21/23

Na uroczym trawniczku za XIV DS UŁ “Wieża Babel”

>>Kliknij by zobaczyć mapę<<

Wreszcie nastała wiosna pełną gębą – warto wyjść z domu, zjeść i napić się pifa w miłym (mam nadzieję) towarzystwie.

Lokalizacja jest przednia – spotykamy się za XIV DS UŁ noszącym słynne miano “Wieża Babel” Oprócz pifa i jedzenia serdecznie zapraszam do przeniesienia piłek, badmintonów, ringo, boules i innego sprzętu rekreacyjnego. I pifo. I siebie. I znajomych. I znajomych znajomych.

PS1: W przypadku niesprzyjającej pogody (śnieg, cyklon, monsun) – impreza przeniesiona zostaje do mojego pokoju. Jako, że moja współlokatorka się wyprowadza – miejsca starczy dla wszystkich :P

PS2: Przypominam że warto zabrać ze sobą jakiś dokument tożsamości – jest on potrzebny by wejść na teren akademika – (np: by zostawić pifo w lodówce)

PS3: W związku ze świętem narodowym przypominam o wcześniejszym zakupieniem niezbędnych wiktuałów.

Opublikowany w trzy słowa do... | Zostaw Komentarz »

Hallo, lucky boy…

Posted by Nurgling w dniu 20/03/2010

Odświeżyłem sobie czeski film – „Samotni”. Niezwykły obraz, który idealnie wpasował się w mój nastrój…

Film 2D. Zero akcji. Kilka dobrych, życiowych tekstów.

Fabuła jest banalnie prosta – przeżywamy kilka dni w otoczeniu niespełna trzydziestoletnich mieszkańców Pragi. Wszystkich łączy to, że zamiast kreować, tworzyć własne życie – odcinają od niego kawałki. Jak z tortu.

Jest to film, który prawdopodobnie nigdy nie znikają z mojego dysku. Znam go na pamięć. Wydawało by się, że powinienem go wymieniać

wśród moich „ulubionych”. O dziwo – nie. Zawsze wspominam „Million Dollar Hotel”. O „Samotnych” nigdy nie pamiętam – tytuł ten nie pada w czasie dyskusji ze znajomymi, których chcąc nie chcąc toczę ostatnio sporo. Dlaczego?

Dlaczego wybieram „Hotel”, który jest obrazem o wiele bardziej obcym, alegorycznym, nieprawdziwym? Cholera… Może dlatego, że produkcja naszych południowych sąsiadów jest zbyt intymna, bliska mojej podświadomości, która troszczy się o moje dobre samopoczucie. Film chowa się do małej, zapomnianej szufladki pamięci. I czeka. Ostatnio pokazał się znów.

Hallo, lucky boy

Sporo się u mnie pozmieniało – no dobra… Zmieniła się jedna rzecz. Ważna. Cztery lata – pięćdziesiąt miesięcy. Mówią, że tak lepiej – hehe. Za jakieś dwa miesiące w końcu ja też to zrozumiem. Mogę z czystym sercem powiedzieć, że nastrój na „Samotnych” mam idealny. W filmie podoba mi się to, że bohaterowie mało rozmawiają – tzn. rozmawiają dużo, ale o sprawach mało istotnych. Masz czasem ochotę mówić o mało istotnych rzeczach? O drzewach, gotowaniu, książkach, kałużach? Przelać swoje uczucia w temat odległy i nic nie znaczący? Słuchać drugiego człowieka. Tak po prostu. Obcy w pociągu – dosiadasz się i zaczynacie rozmawiać. Dwoje obcych sobie ludzi, którzy już nigdy się nie spotkają. Uwielbiam takie rozmowy. I brakuje mi ich. Ostatnio nawet bardzo.

Gdy się tak zastanawiam to wydaje mi się że przez ostatnie cztery lata nic nie zmieniło się w moim życiu. Studiuję. Mieszkam w akademiku. Gram w rpg. Czytam książki. Oglądam filmy. Co będzie za następnie cztery lata? Heh… Pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu dokładnie wiedziałem. I ta wizja mi się podobała. „Żaden plan nie przetrwa spotkania z wrogiem”. Frazes?

Wydaje mi się, że podobnie wygląda sytuacja bohaterów filmu. Mają swoje małe wzloty i upadki. Mają swoje nadzieje, które często nie wytrzymują kontaktu z rzeczywistością. Mają swój świata, który tak naprawdę bardzo mało się zmienia. Pojęcia interpretatywne w socjologii wychowania. Gumowa pajęczyna, która zawsze wraca do stanu pierwotnego. I nigdy nie pęka.

Co u ciebie? Jak się czujesz? Chcesz porozmawiać?

Nie. Nie-kurwa-nie-mam-ochoty. Trochę głupio jest to odpowiedzieć, prawda?

A mimo to mam ochotę. I Ty pewnie czasami też.

Obejrzyjmy film. To wystarczy.

Opublikowany w trzy słowa do... | Komentarzy: 2 »

Obóz RPG x3 – czyli kto dopuszcza Nurglinga do swoich dzieci?

Posted by Nurgling w dniu 26/02/2010

DRUŻYNA...

Przez trzy tygodnie w Murzasichlu poprowadziłem ok 12 sesji – w sumie złożyły się na następujące przygody: Pięć w Silesję, trzy Cthulu, dwie Wolsunga, jedna L5k… Trzy turnusy po sześciu graczy. Wiek: 12 – 16 lat… Na deser zafundowałem sobie sesję Wolsunga na ŁPG V zaraz po przyjeździe do Łodzi.

Bycie wychowawcą jest wyjątkowo ciężką pracą – nagle dostajesz pod opiekę grupę dzieciaków, o które musisz dbać lepiej niż o swoje własne. Jedyne co o nich wiesz to jedno/dwa zdania napisane (lub nie) przez rodziców w karcie kolonijnej: “Andrzejek nie sprawia problemów wychowawczych” … fajne … wierzymy im prawda? Praca wymaga konsekwencji, silnej woli, sporych umiejętności społecznych, końskiego zdrowia i… umiejętności improwizacji. Wstajesz o 8.30, kładziesz się ok. pierwszej w nocy. Osiem godzin snu – szesnaście pracy. W czasie dnia masz około 3 godzin “spokoju” – dość względnego zresztą, bo w każdej chwili możesz się spodziewać, że diabełek wyskoczy z pudełka (trzeba będzie coś naprawić, załatwić, pomóc kierownikowi, rozłożyć bezzwłocznie sprzęt do zajęć, zakończyć mniej lub bardzie poważny konflikt  miedzy dzieciakami, uzupełnić dzienniczek wychowawcy i m.in… wykąpać się).

Jadąc na obóz możesz być pewny jednej rzeczy – twoje życie odzyskasz dopiero po powrocie. Nie ma czasu na telefony do znajomych, oglądniecie ulubionego serialu, meczu, przeczytania książki, gazety. A cała reszta – czysty żywioł. Zwłaszcza na turnusie tygodniowym.

Skończy się on tak szybko, że nawet nie zdążysz się dobrze nauczyć imion współpracowników. Czasu jest zawsze za mało – żyjesz w biegu, masz do zrealizowania program, a do tego jesteś ojcem, matką, nauczycielem, kolegą, policjantem, pielęgniarką, pedagogiem, hydraulikiem… (i tu następuje wyliczanie 147 innych ról, w które będziesz musiał się wcielić).

BUHAHAHAHAHAHA!!!!

Pojedź! Przeżyj! BASE jumping jest dla leszczy!!!

Tyle tytułem wstępu – tak, byście mieli bardzo ogólny ogląd sytuacji.

Dalej już będzie o RPG – obiecuję.

Były to moje pierwsze obozy rpg – cały warsztat, koncepcję pracy tworzyłem praktycznie od początku. Miałem co prawda program i kilka rad Skobla – jednakże potraktowałem je bardziej jako wskazówki. Postawiłem sobie jeden cel: dzieciaki mają złapać trochę umiejętności i pozbyć się złych nawyków (dziękujemy grom komputerowym). Grać można zawsze i wszędzie – co moi podopieczni udowadniali dość często. Tu będziemy ciężko pracować :P

Z każdą grupą zaczynałem od podstaw – czym są gry fabularne oraz jaki jest ich podstawowy CEL – tworzyliśmy własne definicje i dyskutowaliśmy.  Dowiedzieliśmy się dlaczego używamy kostek (wg mnie w 90% dlatego że gracze lubią nimi rzucać:). Wkuwaliśmy i staraliśmy się zrozumieć zasady panujące w czasie sesji (MG ma zawsze rację – dlaczego? … cisza na sali).  Uczyliśmy się dzielić między siebie czas antenowy (DAJ INNYM ZAGRAĆ GADUŁO) oraz omawialiśmy największe błędy MG i graczy wpływające na dynamikę sesji (A co jak mi się gracze rozdzielają? – nagle wynika sprawa drużyny – czym jest a raczej czym być powinna). Podstawowe pojęcia – sesja, przygoda, punkty doświadczenia, kampania, rozwój postaci itd. Omawialiśmy tak prozaiczne rzeczy jak prowiant na sesję, kupno “dobrych” kostek i przygotowanie rodziców do sesji (mamo dziś będziemy wywoływać w piwnicy demony).

Jak widać - schudłem :P

Następnie wprowadzenie do Silesji – autorskiego świata stworzonego a potrzeby obozów (dwie grupy etniczne ludzi – Kartowici i … Metalingowie :P). Opis świata i historia. Opis prowincji i konwencji w której gramy. Trochę mechaniki i … tworzymy postacie!!! Najpierw piramida umiejętności z FATE’a. (Zabrał ktoś ołówki? Nie? No to wracamy do podstaw – kolega Mikołaj nam powie co trzeba zabierać ze sobą na sesję).

Omawiam poszczególne etapy – dzieciaki bazgrają na kartach (co tu jest napisane Madziu? – karty wypełniamy czytelnie, tj – tak byście mogli je przeczytać), cechy, umiejętności, magia itd i nagle… okazuje się, że na sześć osób mamy cztery postacie czarujące, w tym kawalerzystę/egzorcystę o wdzięcznym imieniu Venom… (pamiętacie ten okres. prawda? Czarny płaszcz, srebrny miecz itd itp). Kolejna ekipa kończy postacie i okazuje się, że mam trzech asasynów… UFFFFFFFFFF. Zaczynam dopytywać – Jak chodzisz ubrany – Nooo… w strój zabójcy oczywiście!!! (NWN dziękujemy). Po pół godzinie udaje się nam przetransformować chłopaków w: zabójce podającego się za alchemika, zabójce/szlachcica, zabójce/barda :)

Po stworzeniu postaci – uczymy się improwizacji, opisów i robimy przysiady za słowa NIE WIEM, NIE POTRAFIĘ. Wykorzystuję “potakiwactwo” – narzędzie Skobla. Mg wprowadza trzy zdania opisu, gracz (znający cel postaci) wprowadza trzy zdania swojego, mg – gracz – mg – gracz. Ekipa uczy się współtworzyć i wykorzystywać otoczenie (mg: zbliżają się strażnicy – co robisz? gracz: w tym korytarzu stoją stare skrzynie, więc się za nimi chowam, następnie skradam się stąpając po dywanie by stłumił moje kroki). Opisujemy tak walkę, ucieczki, rozmowy, magię.

Jesteśmy gotowi! Sesja! Robimy trochę pauz, omawiamy sytuację,

A...JA... WIEM ŻE ORKI TAŃCZĄ... SIALALALALA...

rozwiewamy wątpliwości co do postaci i… jest super. Największą satysfakcję czerpię z najmłodszych i najmniej doświadczonych graczy. Wychodzą od nich najciekawsze pomysły i wyjatkowo trafne uwagi. Dzieciaki znowu zaczęły czytać!!!

Okazuje się, że to właśnie starsi gracze, którzy już zasmakowali w diablopodobnych produkcjach mają większe problemy z “wejściem w świat” gry. Boją się improwizować – w pierwszej godzinie sesji czuć od nich lekkie przerażenie spowodowane brakiem możliwości wyboru jednej z dostępnych linii dialogowych.  Lecz potem… jest dobrze!!! Wręcz bardzo dobrze.

Bardzo żałuję, że podręcznik do Wolsunga odzyskałem dopiero na trzeci turnus. Po pierwszej sesji przeżyłem lekki szok. Dzieciaki wychowane na “Władcy Pierścieni”, czytające “Zwiadowców”, lubiące rzezać Orki i stwierdzenia “to ja go tnę/zabijam” stwierdziły:

CHCEMY WIĘCEJ. TERAZ. PROWADŹ PAN. DAMY ŻELKI – JESZCZE NIE KOŃCZMY.

Kasyna, tajni agenci, gadgety, kabarety (puszczałem na sesji urywki z Moulin Rouge), sterowce, ucieczki po dachach przed orczymi assasinami, ratowanie dam w opresji, możliwość wpływu na fabułę przy użyciu kart i żetonów oraz awanturnicza konwencja były tym, co sprawił, że naszej wesołej gromadce udało się zapomnieć o obiedzie…

Głosujemy - kto jest obcym!

Następnie kolejna sesja do pierwszej w nocy – teoretycznie o 22.00 potwory winny leżeć wykąpane w wyrkach. Prowadziło mi się tak dobrze, że nie miałem najmniejszej ochoty przerywać. Rano kroplówka z kawy i jedziemy dalej.

To było właśnie to! Sam system wymuszał na graczach myślenie i improwizację, namawiał do epickich opisów i bohaterskich zachowań. A dzieciaki z czerwonymi policzkami ciskały żetony i wysadzały w powietrze “Dzielnicę czerwonych latarni i zielonych wróżek”.

Każdy turnus kończyłem w przedostatni dzień nocną sesją Cthulu. Lekkie omówienie systemu, dokładny opis sytuacji politycznej (i długa dyskusja – żeby nie było, że propaguję…) i techniki, rozdaję postacie (imię, stanowisko i trzy zdania opisu) i…  Zmieniamy się w załogę łodzi podwodnej. U-78 wypływa odebrać starożytny artefakt z Islandii. Macki, naziści, podszywający się pod hitlerowców Żydzi i… świeczki. Podszepty, czasami nawet głośnie oraz niepokojące odgłosy. Ciągłe napięcie i tajemnice zbyt straszne, by pojąć je mógł ludzki umysł.

Strach ma wielkie oczy...

Po tygodniu grania, warsztatów, rozmów wszystkie drużyny pokazały niesamowitą klasę. Każda postać była żywa i bardzo, bardzo ludzka – miała swoje wady i grzechy. Swoje lęki i głęboko skrywane nadzieje.

Pierwsza, totalnie odpłynęła – około cztery razy zapalaliśmy światło i dyskutowaliśmy czy gramy dalej. Grali – i to fenomenalnie dobrze. Do ostatniej sceny przeżyły trzy osoby -  konflikty w drużynie które “delikatnie” podsycałem zebrały swoje żniwo. Kapitan okrętu zginął oparty o drzwi maszynowni kryjącej rozwiązanie. Gracze dotarli do celu – lecz było ich zbyt mało by odłączyć artefakt…

Druga drużyna nie dała się tak łatwo. Dość szybko pojęli, że coś jest “nie tak”. Współpraca dała bardzo dobre efekty. Ta sesja pokazał, że jednak człowiek ma szansę wygrać walkę ze swymi zmysłami i umysłem.

Trzecia zachowaniem znajdowała się gdzieś po środku. Udało im się “wygrać”, jednakże do ostatniej chwili lękali się o swoje życie a napięcie można było kroić nożem.

Podsumowując – było FENOMENALNIE.

Cześć jetem Madzia, mam 12 lat i w wolnych chwilach rzezam orki.

Nauczyłem się bardzo dużo, świetnie się przy ty bawiąc. Wróciłem do Łodzi, przeziębiony i wyczerpany. Poznałem świetnych ludzi. I co najważniejsze – mogłem się dzielić  z młodszym pokoleniem moim ukochanym hobby.

Uważam, że każdy MG powinien wybrać się choćby na jeden taki obóz. Powinien pracować tak – by jego podopieczni byli w stanie usiąść z “dorosłą” drużyną i dobrze się przy tym bawić. Na ŁPG V spotkałem Bartka. Usiadł do sesji i zrobił z osób grających już kilka ładnych lat wiatrak. I O TO WŁAŚNIE CHODZIŁO!!!


Korzystając z okazji chciałbym bardzo podziękować:

Skoblowi – z dzięki, że dałeś mi możliwość tego udziału w tej super przygodzie.

Garnkowi – za super rozdział o prowadzeniu gry znajdujący się w Wolsungu.

Sethisse – bez ciebie nasz larpik by się nie odbył.

Całej kadrze, która sprawdziła, że praca była przyjemnością.

ORAZ NAJBARDZIEJ:

Wam Potworki!!!

Omawialiśmy tak prozaiczne rzeczy jak prowiant na sesję.

Opublikowany w trzy słowa do... | Komentarzy: 10 »

Witaj, świecie!

Posted by Nurgling w dniu 07/09/2009

Hey – zaczynam pisać… Wiem – możecie tego nie przeżyć.

Why? Mam problemy z pisaniem.. z błędami.. ze składnią… Mam nadzieję że przynajmniej sama treść była warta uwagi. Postaram się tutaj pisać o życiu. I fantastyce. I fantastycznym życiu. Moim okiem :P

Treści będą proste i … Przyznaję – lekkiego pióra to ja nie posiadam.

Opublikowany w trzy słowa do... | Zostaw Komentarz »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.