ConTROLL

Permanentna inwigilacja!!!

Królowa polskich konwentów – TOPORIADA!!!

Posted by Nurgling w dniu 18/08/2010

Topory welcome to!

I cytrynówka w ruch!

Browary spite!

I tarło skryte!

TOPORY WELCOME TO!

Toporiada 2010 dobiegła końca – po pięciu dniach udało mi się wreszcie powrócić do Łodzi. Jestem zmęczony, niewyspany i mam gigantyczne poczucie niedosytu.

Dlatego, że konwent był słaby? Ależ nie!

Wręcz przeciwnie. Cudowna atmosfera Topo zorganizowanej przez Rawskie Stowarzyszanie Miłośników gier Fabularnych i Fantastyki „TOPORY” sprawia, że jedyna rzecz, o której uczestnik myśli opuszczając stanicę harcerską „Leśny Zakątek” jest: WIĘCEJ, MOCNIEJ I CZĘŚCIEJ.

Była to moja druga Toporiada. Przygotowany byłem na wszytko. Od tygodnia nastawiałem się psychicznie do wyjazdu. I guzik – impreza przebiła wszystkie moje oczekiwania. Co prawda zamiast nagich kobiet pojawiły się nagie orki ale… i tak było przednio.

Poprowadziłem dwie sesje (Wolsung, L5K), zagrałem w dwie i pół (Warhammer x 1.5, L5K), miałem dwie prelekcje, zagrałem larpa. Jak na „standardowy” konwent wydaje się to mało, jednakże Toporiada to dla mnie przede wszystkim olbrzymim biwakiem, spotkaniem znajomych z całej Polski, którzy przejechali w dwóch równorzędnych celach: uczestniczyć w punktach programu oraz bawić się w każdy możliwy sposób. To niezwykłe połączenie zapewnia kilka czynników, które teraz pokrótce przedstawię:

Toporiada odbyła się w „Leśnym Zakątku” – stanicy harcerskiej która położona jest w środku pięknego, sosnowego lasu w pobliżu Fryszerki. Uczestników od wszelkich zagrożeń cywilizacji dzieli czterdziestominutowa piesza wędrówka – dyskrecja zapewniona. Na kilkuset metrach kwadratowych otoczonych stareńkim drewnianym płotkiem znajdują się domki letniskowe oraz kilkanaście namiotów wojskowych (w których to mają miejsce prelekcje oraz sesje RPG). Większość uczestników nocuje we własnych namiotach – bardziej wymagający mogą wynająć miejsca w domkach). Dodatkowo – część z przyjezdnych organizuje „obozy”. W tym roku było to m.in. Orczy, Neuroshimowy, Gobliński, Piracki, Elfi i Cthulhu… Każdy z nich posiadał własne ozdoby (totemy, sztandary, zapory przeciwczołgowe…), oraz punktu programu. Najokazalej (dla mnie) prezentował się obóz piracki, który wybudował… statek. Nieodłącznym elementem Toporiady jest ognisko, które do wczesnych godzin rannych jest miejscem śmiechów, rozmów i śpiewów.

Ważnym (szczególnie dla mnie) jest duży nacisk konwentu na sesje RPG. Wieczorami duża część uczestników znika w około siedemnastu namiotach – częstokroć do bladego rana. Sesje zgłoszone są już przed konwentem, tak więc każdy jest wstanie przeczytać krótki opis przygody zamieszczony w informatorze. Dodatkowo organizatorzy zapewnili sesje dla początkujących – zarazę należy szerzyć. W czasie konwentu można walczyć o Złote Topory – nagrody dla najlepszego mistrza gry (wygrał Wojtek Rzadek – oczywiście przez przypadek :P) i gracza.

Pyrkon, Ava, Polcon – większość konwentów zmusza uczestnika do wielu wyborów – program jest bardzo napięty, często nie jesteśmy w stanie dotrzeć na wszystkie interesujące nas punkty. Integracja zaś odbywa się głównie w barach bądź półlegalnie w miejscach do tego nieodpowiednich (parki etc.) Głośne śpiewy, „dziwne” gry oraz nietypowe stroje częstokroć mogą budzić zgorszenie osób postronnych. Ze względu na lokalizację Topo ten problem nie istnieje. Zimne piwo na prelekcji – why not? Kąpiel w Pilicy w strojach nie do końca kompletnych – be my guest! Grille, karimaty, koce i leżaki. Chcesz zostać dodatkowe kilka dni, bądź przyjechać wcześniej – zapraszamy! Powiedzmy szczerze – większość tego typu „atrakcji” ma miejsce również na innych konwentach – a szkoła (dość często podstawowa) nie jest dobrym miejscem zabaw dla dorosłych ludzi. Na Topo wilk syty i owca cała.

Na koniec coś obiektywnego – warunki sanitarne można poprawić. I liczymy na to w przyszłym roku (sorry Jankoś – jakbym tego nie napisał to powiedzieli by że mi zapłaciliście za tą relację).

To już koniec – teraz pranie, sen i odpoczynek. A za rok – kolejna edycja. Trzeba kupić zieloną farbę do ciała i czekać. Bo warto.

Ufff…

PS1: Słowa (a zwłaszcza moje) nie potrafią opisać niedawnych wydarzeń – zapraszam do GALERII by na własne oczy zobaczyć „co tam się działo” – z tego źródła pochodzą zdjęcia.

PS2: Serdecznie dziękuję wszystkim organizatorom oraz uczestnikom – dzięki Wam spędziłem cudowne pięć dni. Jankes, Sonia – jesteście wielcy. Uratowaliście mi życie.

Opublikowany w konwntowo, rpg | Komentarzy: 5 »

Jedyna dobra Bella to Jogobella :P

Posted by Nurgling w dniu 24/06/2010

Skończyłem czytać … Zmierzch :) 100 stron na godzinę. I powiem szczerze – nie jest to dobra książka. Film zawarł w sobie całą zawartość ponad 400 stron. Całą. Spodziewałem się kilku różnic bądź dodatkowych wątków czy informacji A tu zero. Nada.

Nuda – słabe romansidło, na którego znajduje się pewien śmieszny tekst: „ … porywająca opowieść o miłości, łącząca cechy horroru, romansu i powieści o dojrzewaniu.” Porywająca jest niczym nurt Anakh w porze suszy, za element horroru służy nam główna bohaterka, którą kilkukrotnie starają się zamordować własne nogi (laska m.in. nie umie grać w siatkówkę, zabija ludzi rakietką do badmintona), romans jest… w rodzaju „patrzymy na siebie na stołówce szkolnej”, a dojrzewanie… – dla mnie to słowo oznacza po krotce proces, w którym młody człowiek zmienia się z naładowanego hormonami psychopaty w odpowiedzialną jednostkę. Bella nie dojrzewa – jest. Jest taka sama przez całą książkę. Jednym słowem – strata czasu.

Ale teraz z innej beczki: nie wiem czy zauważyliście, że ludzie coraz częściej stawiają się „naciskowi środowiska”: nie przeczytam, nie obejrzę – wszyscy to robią, ja nie mam zamiaru. W przypadku ww. książki jest to dobry wybór – jednakże czasami odbierają sobie perełki. Czy naprawdę już każdy chce być taki wyjątkowy? Jak dla mnie bzdura.

Opublikowany w trzy słowa do... | Zostaw Komentarz »

MEGA GRILL X 3 !!!

Posted by Nurgling w dniu 21/06/2010

!!! Stało się !!!

Bartek po sześciu latach wyprowadza się z DS 14 …

Ola wyjeżdża do USA na trzy miesiące …

Artur oddał swoją Pracę Licencjacką …

W imieniu naszej trójki serdecznie zapraszam na Mega Grilla X 3 !!!

W programie: Super pogoda, objadanie się pieczystym, siatkówka trawnikowa, badminton, noszenie Ciapka na czas, bieg śmierci na rzęsach, konkurs Mistera Mokrego Podkoszulka, warsztaty fryzjerskie.

Prosimy o zabranie dobrego humoru, wiktuałów, alkoholu …

WSZYSTKICH SWOICH ZNAJOMYCH !!!

Będzie epicko…

25 czerwca 2010
16:00 – 23:30
Trawniczek za DS 14 „WIEŻA BABEL”
Łódź, Matejki 21/23

>>MAPA<<

Opublikowany w nieŻYCIE | Zostaw Komentarz »

Toporiada jest Kobietą

Posted by Nurgling w dniu 03/06/2010

Zamiast przygotowywać się do wyjazdu w góry siedzę i czytam historię najlepszego konwentu na jakim byłem: Toporiady

Co to za zwierz?

Toporiada jest konwentem plenerowym odbywającym w stanicy harcerskiej na Fryszerce koło Inowłodza. Konwent nastawiony jest w dużej części na rozgrywanie sesji RPG, organizatorzy starają się więc zapewnić tylu Mistrzów Gry aby każdy uczestnik mógł zagrać w piątkową i sobotnią noc. Nie brakuje oczywiście także innych konwentowych atrakcji: konkursów, prelekcji, LARP’ów, gamesroom’u czy spotkań z pisarzami.

Przez cały okres trwania konwentu płonie ognisko, stanowiące centrum konwentowego życia. Można znaleźć przy nim kompanów do dysputy o każdej porze dnia i nocy. Gitar również nie brakuje. Na terenie organizowany jest Orczy Obóz, Wioska Neuroshimowa oraz po raz pierwszy Obóz Elfów. Są to miejsca w których nocują/bawią/integrują grupy utożsamiające na tyle zagadnieniem zawartym w nazwie by przybyć w pełnym przebraniu. Wrrrr – te Orczyce…

I dochodzimy do sedna – kobiet właśnie. Toporiada jest chyba najbardziej sfeminizowanym conem w Polsce. Zapraszam do przeczytania niezwykle zabawnego artykułu/historii Toporiady napisanego przez Wojtka „Prozaca” Anuszczyka pod wdzięcznym tytułem „Toporiada jest kobietą”.

Ps: Toporiada zaczyna się już 12 sierpnia. Głupio się przyznać, ale już się spakowałem…

Ps2: Fotka pobrana z galerii zeszłorocznej Toporiady.

Opublikowany w konwntowo | Zostaw Komentarz »

FanFest – małe jest piękne.

Posted by Nurgling w dniu 31/05/2010

Siedzę sobie w pięknym mieście Kraka wymęczony atrakcjami FanFestu. Czas na krótkie podsumowanie tych trzech dni w Tarnowie.

Po siedmiu godzinach podróży szczęśliwie docieram na teren conu. Pogoda piękna. Szkoła obszerna. Okolica bogata w sklepy, jadłodajnie i urocze trawniczki, które soczystą zielenią zapraszają do odpoczynku. Jestem sam… Oficjalne rozpoczęcie zaplanowano na osiemnastą – tarcza zegarka wskazuje czternastą… Niestety połączenie Łódź – Tarnów nie jest idealne. Krótki telefon i dołączam się do ostatnich prac organizatorów – wycinamy identy.

Światła! Kamera! Akcja! FanFest czas zacząć!!!

FanFest jest drugim po zjAvie małym konwentem, który odwiedziłem. I po raz kolejny jestem bardzo zadowolony. Trzytysięczny tłum Pyrkonu oraz ul Falconu spowodowały, że chciałem przeżyć coś innego. Było inaczej i bardzo się z Tego cieszę.

Trzy bloki programowe (eRPGowy, Danse Macabre- horroru, LARPowy), GamesRoom, sala fetyszystów figurek. Mało? Jak dla mnie – w pełni wystarczająco. Dodatkowo – mała liczba konwentowiczów sprawiła, że w salach prelekcyjnych panowały bardzo komfortowe warunki a konkursy mogły dokładniej przemaglować uczestników.

Warunki panowały wręcz rodzinne. Zacierały się bariery między orgiem uczestnikiem, obsługą czy ochroną. Nie znaczy to oczywiście, że na terenie panowała samowolka. Srogie oko Cześwego niczym promień światła rozpraszało wszelkie oznaki mroku.

Szkoda jedynie, że tzw: fandom nie zaufał organizatorom i nie stawił się (w odpowiedniej ilości). Uczmy się na błędach – za rok – stawcie się obowiązkowo :).

Plusy:

+ bardzo ładna i funkcjonalna szkoła

+ dobre zaplecze gastronomiczne

+ przemiła obsługa

+ ludzkie podejście do uczestników

+ zadbane toalety

+ bardzo dobre warunki do rozgrywania sesji

Minusy:

- odległość do lokalu konwentowego

- nie najlepiej prowadzona akcja informacyjna przed conem

- daleko do domu :P

PS: Bardzo serdecznie pozdrawiam i dziękuję:

  • RzA (robotowi z akredytacji) – Dziewczyno – kawał dobrej roboty wykonałaś!
  • Tarqowi za przygarnięcie mnie samego.
  • Moim graczom za wyrozumiałość.
  • Wojtkowi za słodkie kłamstwa.
  • Mungo za łapki
  • Lans Macabre za FanFest
  • Jankosiowi za Toporiadę :)

Opublikowany w konwntowo | Zostaw Komentarz »

Grill u Nurglinga

Posted by Nurgling w dniu 25/04/2010

!!! HA !!!

U Nurglinga się pozmieniało – trzeba zamknąć jeden etap życia i ruszyć do przodu…

… co ja bzdurze!!! Zacznijmy jeszcze raz:

Serdecznie zapraszam na wystrzałowe grillowanie.

Kiedy: 1 maja godz 16.00 – 88.99

Gdzie: Łódź ul. Matejki 21/23

Na uroczym trawniczku za XIV DS UŁ „Wieża Babel”

>>Kliknij by zobaczyć mapę<<

Wreszcie nastała wiosna pełną gębą – warto wyjść z domu, zjeść i napić się pifa w miłym (mam nadzieję) towarzystwie.

Lokalizacja jest przednia – spotykamy się za XIV DS UŁ noszącym słynne miano „Wieża Babel” Oprócz pifa i jedzenia serdecznie zapraszam do przeniesienia piłek, badmintonów, ringo, boules i innego sprzętu rekreacyjnego. I pifo. I siebie. I znajomych. I znajomych znajomych.

PS1: W przypadku niesprzyjającej pogody (śnieg, cyklon, monsun) – impreza przeniesiona zostaje do mojego pokoju. Jako, że moja współlokatorka się wyprowadza – miejsca starczy dla wszystkich :P

PS2: Przypominam że warto zabrać ze sobą jakiś dokument tożsamości – jest on potrzebny by wejść na teren akademika – (np: by zostawić pifo w lodówce)

PS3: W związku ze świętem narodowym przypominam o wcześniejszym zakupieniem niezbędnych wiktuałów.

Opublikowany w trzy słowa do... | Zostaw Komentarz »

Hallo, lucky boy…

Posted by Nurgling w dniu 20/03/2010

Odświeżyłem sobie czeski film – „Samotni”. Niezwykły obraz, który idealnie wpasował się w mój nastrój…

Film 2D. Zero akcji. Kilka dobrych, życiowych tekstów.

Fabuła jest banalnie prosta – przeżywamy kilka dni w otoczeniu niespełna trzydziestoletnich mieszkańców Pragi. Wszystkich łączy to, że zamiast kreować, tworzyć własne życie – odcinają od niego kawałki. Jak z tortu.

Jest to film, który prawdopodobnie nigdy nie znikają z mojego dysku. Znam go na pamięć. Wydawało by się, że powinienem go wymieniać

wśród moich „ulubionych”. O dziwo – nie. Zawsze wspominam „Million Dollar Hotel”. O „Samotnych” nigdy nie pamiętam – tytuł ten nie pada w czasie dyskusji ze znajomymi, których chcąc nie chcąc toczę ostatnio sporo. Dlaczego?

Dlaczego wybieram „Hotel”, który jest obrazem o wiele bardziej obcym, alegorycznym, nieprawdziwym? Cholera… Może dlatego, że produkcja naszych południowych sąsiadów jest zbyt intymna, bliska mojej podświadomości, która troszczy się o moje dobre samopoczucie. Film chowa się do małej, zapomnianej szufladki pamięci. I czeka. Ostatnio pokazał się znów.

Hallo, lucky boy

Sporo się u mnie pozmieniało – no dobra… Zmieniła się jedna rzecz. Ważna. Cztery lata – pięćdziesiąt miesięcy. Mówią, że tak lepiej – hehe. Za jakieś dwa miesiące w końcu ja też to zrozumiem. Mogę z czystym sercem powiedzieć, że nastrój na „Samotnych” mam idealny. W filmie podoba mi się to, że bohaterowie mało rozmawiają – tzn. rozmawiają dużo, ale o sprawach mało istotnych. Masz czasem ochotę mówić o mało istotnych rzeczach? O drzewach, gotowaniu, książkach, kałużach? Przelać swoje uczucia w temat odległy i nic nie znaczący? Słuchać drugiego człowieka. Tak po prostu. Obcy w pociągu – dosiadasz się i zaczynacie rozmawiać. Dwoje obcych sobie ludzi, którzy już nigdy się nie spotkają. Uwielbiam takie rozmowy. I brakuje mi ich. Ostatnio nawet bardzo.

Gdy się tak zastanawiam to wydaje mi się że przez ostatnie cztery lata nic nie zmieniło się w moim życiu. Studiuję. Mieszkam w akademiku. Gram w rpg. Czytam książki. Oglądam filmy. Co będzie za następnie cztery lata? Heh… Pomyśleć, że jeszcze miesiąc temu dokładnie wiedziałem. I ta wizja mi się podobała. „Żaden plan nie przetrwa spotkania z wrogiem”. Frazes?

Wydaje mi się, że podobnie wygląda sytuacja bohaterów filmu. Mają swoje małe wzloty i upadki. Mają swoje nadzieje, które często nie wytrzymują kontaktu z rzeczywistością. Mają swój świata, który tak naprawdę bardzo mało się zmienia. Pojęcia interpretatywne w socjologii wychowania. Gumowa pajęczyna, która zawsze wraca do stanu pierwotnego. I nigdy nie pęka.

Co u ciebie? Jak się czujesz? Chcesz porozmawiać?

Nie. Nie-kurwa-nie-mam-ochoty. Trochę głupio jest to odpowiedzieć, prawda?

A mimo to mam ochotę. I Ty pewnie czasami też.

Obejrzyjmy film. To wystarczy.

Opublikowany w trzy słowa do... | Komentarzy: 2 »

Obóz RPG x3 – czyli kto dopuszcza Nurglinga do swoich dzieci?

Posted by Nurgling w dniu 26/02/2010

DRUŻYNA...

Przez trzy tygodnie w Murzasichlu poprowadziłem ok 12 sesji – w sumie złożyły się na następujące przygody: Pięć w Silesję, trzy Cthulu, dwie Wolsunga, jedna L5k… Trzy turnusy po sześciu graczy. Wiek: 12 – 16 lat… Na deser zafundowałem sobie sesję Wolsunga na ŁPG V zaraz po przyjeździe do Łodzi.

Bycie wychowawcą jest wyjątkowo ciężką pracą – nagle dostajesz pod opiekę grupę dzieciaków, o które musisz dbać lepiej niż o swoje własne. Jedyne co o nich wiesz to jedno/dwa zdania napisane (lub nie) przez rodziców w karcie kolonijnej: „Andrzejek nie sprawia problemów wychowawczych” … fajne … wierzymy im prawda? Praca wymaga konsekwencji, silnej woli, sporych umiejętności społecznych, końskiego zdrowia i… umiejętności improwizacji. Wstajesz o 8.30, kładziesz się ok. pierwszej w nocy. Osiem godzin snu – szesnaście pracy. W czasie dnia masz około 3 godzin „spokoju” – dość względnego zresztą, bo w każdej chwili możesz się spodziewać, że diabełek wyskoczy z pudełka (trzeba będzie coś naprawić, załatwić, pomóc kierownikowi, rozłożyć bezzwłocznie sprzęt do zajęć, zakończyć mniej lub bardzie poważny konflikt  miedzy dzieciakami, uzupełnić dzienniczek wychowawcy i m.in… wykąpać się).

Jadąc na obóz możesz być pewny jednej rzeczy – twoje życie odzyskasz dopiero po powrocie. Nie ma czasu na telefony do znajomych, oglądniecie ulubionego serialu, meczu, przeczytania książki, gazety. A cała reszta – czysty żywioł. Zwłaszcza na turnusie tygodniowym.

Skończy się on tak szybko, że nawet nie zdążysz się dobrze nauczyć imion współpracowników. Czasu jest zawsze za mało – żyjesz w biegu, masz do zrealizowania program, a do tego jesteś ojcem, matką, nauczycielem, kolegą, policjantem, pielęgniarką, pedagogiem, hydraulikiem… (i tu następuje wyliczanie 147 innych ról, w które będziesz musiał się wcielić).

BUHAHAHAHAHAHA!!!!

Pojedź! Przeżyj! BASE jumping jest dla leszczy!!!

Tyle tytułem wstępu – tak, byście mieli bardzo ogólny ogląd sytuacji.

Dalej już będzie o RPG – obiecuję.

Były to moje pierwsze obozy rpg – cały warsztat, koncepcję pracy tworzyłem praktycznie od początku. Miałem co prawda program i kilka rad Skobla – jednakże potraktowałem je bardziej jako wskazówki. Postawiłem sobie jeden cel: dzieciaki mają złapać trochę umiejętności i pozbyć się złych nawyków (dziękujemy grom komputerowym). Grać można zawsze i wszędzie – co moi podopieczni udowadniali dość często. Tu będziemy ciężko pracować :P

Z każdą grupą zaczynałem od podstaw – czym są gry fabularne oraz jaki jest ich podstawowy CEL – tworzyliśmy własne definicje i dyskutowaliśmy.  Dowiedzieliśmy się dlaczego używamy kostek (wg mnie w 90% dlatego że gracze lubią nimi rzucać:). Wkuwaliśmy i staraliśmy się zrozumieć zasady panujące w czasie sesji (MG ma zawsze rację – dlaczego? … cisza na sali).  Uczyliśmy się dzielić między siebie czas antenowy (DAJ INNYM ZAGRAĆ GADUŁO) oraz omawialiśmy największe błędy MG i graczy wpływające na dynamikę sesji (A co jak mi się gracze rozdzielają? – nagle wynika sprawa drużyny – czym jest a raczej czym być powinna). Podstawowe pojęcia – sesja, przygoda, punkty doświadczenia, kampania, rozwój postaci itd. Omawialiśmy tak prozaiczne rzeczy jak prowiant na sesję, kupno „dobrych” kostek i przygotowanie rodziców do sesji (mamo dziś będziemy wywoływać w piwnicy demony).

Jak widać - schudłem :P

Następnie wprowadzenie do Silesji – autorskiego świata stworzonego a potrzeby obozów (dwie grupy etniczne ludzi – Kartowici i … Metalingowie :P). Opis świata i historia. Opis prowincji i konwencji w której gramy. Trochę mechaniki i … tworzymy postacie!!! Najpierw piramida umiejętności z FATE’a. (Zabrał ktoś ołówki? Nie? No to wracamy do podstaw – kolega Mikołaj nam powie co trzeba zabierać ze sobą na sesję).

Omawiam poszczególne etapy – dzieciaki bazgrają na kartach (co tu jest napisane Madziu? – karty wypełniamy czytelnie, tj – tak byście mogli je przeczytać), cechy, umiejętności, magia itd i nagle… okazuje się, że na sześć osób mamy cztery postacie czarujące, w tym kawalerzystę/egzorcystę o wdzięcznym imieniu Venom… (pamiętacie ten okres. prawda? Czarny płaszcz, srebrny miecz itd itp). Kolejna ekipa kończy postacie i okazuje się, że mam trzech asasynów… UFFFFFFFFFF. Zaczynam dopytywać – Jak chodzisz ubrany – Nooo… w strój zabójcy oczywiście!!! (NWN dziękujemy). Po pół godzinie udaje się nam przetransformować chłopaków w: zabójce podającego się za alchemika, zabójce/szlachcica, zabójce/barda :)

Po stworzeniu postaci – uczymy się improwizacji, opisów i robimy przysiady za słowa NIE WIEM, NIE POTRAFIĘ. Wykorzystuję „potakiwactwo” – narzędzie Skobla. Mg wprowadza trzy zdania opisu, gracz (znający cel postaci) wprowadza trzy zdania swojego, mg – gracz – mg – gracz. Ekipa uczy się współtworzyć i wykorzystywać otoczenie (mg: zbliżają się strażnicy – co robisz? gracz: w tym korytarzu stoją stare skrzynie, więc się za nimi chowam, następnie skradam się stąpając po dywanie by stłumił moje kroki). Opisujemy tak walkę, ucieczki, rozmowy, magię.

Jesteśmy gotowi! Sesja! Robimy trochę pauz, omawiamy sytuację,

A...JA... WIEM ŻE ORKI TAŃCZĄ... SIALALALALA...

rozwiewamy wątpliwości co do postaci i… jest super. Największą satysfakcję czerpię z najmłodszych i najmniej doświadczonych graczy. Wychodzą od nich najciekawsze pomysły i wyjatkowo trafne uwagi. Dzieciaki znowu zaczęły czytać!!!

Okazuje się, że to właśnie starsi gracze, którzy już zasmakowali w diablopodobnych produkcjach mają większe problemy z „wejściem w świat” gry. Boją się improwizować – w pierwszej godzinie sesji czuć od nich lekkie przerażenie spowodowane brakiem możliwości wyboru jednej z dostępnych linii dialogowych.  Lecz potem… jest dobrze!!! Wręcz bardzo dobrze.

Bardzo żałuję, że podręcznik do Wolsunga odzyskałem dopiero na trzeci turnus. Po pierwszej sesji przeżyłem lekki szok. Dzieciaki wychowane na „Władcy Pierścieni”, czytające „Zwiadowców”, lubiące rzezać Orki i stwierdzenia „to ja go tnę/zabijam” stwierdziły:

CHCEMY WIĘCEJ. TERAZ. PROWADŹ PAN. DAMY ŻELKI – JESZCZE NIE KOŃCZMY.

Kasyna, tajni agenci, gadgety, kabarety (puszczałem na sesji urywki z Moulin Rouge), sterowce, ucieczki po dachach przed orczymi assasinami, ratowanie dam w opresji, możliwość wpływu na fabułę przy użyciu kart i żetonów oraz awanturnicza konwencja były tym, co sprawił, że naszej wesołej gromadce udało się zapomnieć o obiedzie…

Głosujemy - kto jest obcym!

Następnie kolejna sesja do pierwszej w nocy – teoretycznie o 22.00 potwory winny leżeć wykąpane w wyrkach. Prowadziło mi się tak dobrze, że nie miałem najmniejszej ochoty przerywać. Rano kroplówka z kawy i jedziemy dalej.

To było właśnie to! Sam system wymuszał na graczach myślenie i improwizację, namawiał do epickich opisów i bohaterskich zachowań. A dzieciaki z czerwonymi policzkami ciskały żetony i wysadzały w powietrze „Dzielnicę czerwonych latarni i zielonych wróżek”.

Każdy turnus kończyłem w przedostatni dzień nocną sesją Cthulu. Lekkie omówienie systemu, dokładny opis sytuacji politycznej (i długa dyskusja – żeby nie było, że propaguję…) i techniki, rozdaję postacie (imię, stanowisko i trzy zdania opisu) i…  Zmieniamy się w załogę łodzi podwodnej. U-78 wypływa odebrać starożytny artefakt z Islandii. Macki, naziści, podszywający się pod hitlerowców Żydzi i… świeczki. Podszepty, czasami nawet głośnie oraz niepokojące odgłosy. Ciągłe napięcie i tajemnice zbyt straszne, by pojąć je mógł ludzki umysł.

Strach ma wielkie oczy...

Po tygodniu grania, warsztatów, rozmów wszystkie drużyny pokazały niesamowitą klasę. Każda postać była żywa i bardzo, bardzo ludzka – miała swoje wady i grzechy. Swoje lęki i głęboko skrywane nadzieje.

Pierwsza, totalnie odpłynęła – około cztery razy zapalaliśmy światło i dyskutowaliśmy czy gramy dalej. Grali – i to fenomenalnie dobrze. Do ostatniej sceny przeżyły trzy osoby -  konflikty w drużynie które „delikatnie” podsycałem zebrały swoje żniwo. Kapitan okrętu zginął oparty o drzwi maszynowni kryjącej rozwiązanie. Gracze dotarli do celu – lecz było ich zbyt mało by odłączyć artefakt…

Druga drużyna nie dała się tak łatwo. Dość szybko pojęli, że coś jest „nie tak”. Współpraca dała bardzo dobre efekty. Ta sesja pokazał, że jednak człowiek ma szansę wygrać walkę ze swymi zmysłami i umysłem.

Trzecia zachowaniem znajdowała się gdzieś po środku. Udało im się „wygrać”, jednakże do ostatniej chwili lękali się o swoje życie a napięcie można było kroić nożem.

Podsumowując – było FENOMENALNIE.

Cześć jetem Madzia, mam 12 lat i w wolnych chwilach rzezam orki.

Nauczyłem się bardzo dużo, świetnie się przy ty bawiąc. Wróciłem do Łodzi, przeziębiony i wyczerpany. Poznałem świetnych ludzi. I co najważniejsze – mogłem się dzielić  z młodszym pokoleniem moim ukochanym hobby.

Uważam, że każdy MG powinien wybrać się choćby na jeden taki obóz. Powinien pracować tak – by jego podopieczni byli w stanie usiąść z „dorosłą” drużyną i dobrze się przy tym bawić. Na ŁPG V spotkałem Bartka. Usiadł do sesji i zrobił z osób grających już kilka ładnych lat wiatrak. I O TO WŁAŚNIE CHODZIŁO!!!


Korzystając z okazji chciałbym bardzo podziękować:

Skoblowi – z dzięki, że dałeś mi możliwość tego udziału w tej super przygodzie.

Garnkowi – za super rozdział o prowadzeniu gry znajdujący się w Wolsungu.

Sethisse – bez ciebie nasz larpik by się nie odbył.

Całej kadrze, która sprawdziła, że praca była przyjemnością.

ORAZ NAJBARDZIEJ:

Wam Potworki!!!

Omawialiśmy tak prozaiczne rzeczy jak prowiant na sesję.

Opublikowany w trzy słowa do... | Komentarzy: 10 »

Sprawa pewnej wystawy…

Posted by Nurgling w dniu 22/02/2010

„W muzeum Narodowym w Lyoneese w skrzydle poświęconemu starożytnemu Sunirowi popełniono zuchwała zbrodnię! Podczas oficjalnego rautu zbrodniarz nie miał czasu schować łupu i prawdopodobnie podrzucił go któremuś z gości.

Kto uratuje reputacje kustosza? Kto uchroni się przed skandalem, gdy będzie trzeba przeszukać odzież śmietanki towarzyskiej (i paru zajadłych reporterów)? Kto pokrzyżuje plany złoczyńcy i pozna powód rabunku? Szeregi śmiałków niech nie przerzedzi fakt, że skradziono najzwyklejszy przedmiot, jakiego można by się spodziewać. I bynajmniej nie jest to eksponat, a zawartość tabakiery…”

Telefon – zatyrany niczym muł pociągowy staram się ogarniać moje dzieciaki na tyle by nie rozniosły ośrodka kolonijnego. Odbieram – Skobel słodkim głosem pyta: „Stary, nie poprowadził byś może sesyjki na Łódzkim Porcie Gier V?”

No i ja wariat zgodziłem się – skobel wymyślił o czym będzie przygoda – ja ją poprowadziłem. Z kolonii wróciłem w niedzielę o 03.00 – sesja zaczęła się o 18.00.

Razem ze Smokiem (prowadził Paranoję) jako żywe tablice ogłoszeń ruszyliśmy na poszukiwanie graczy. Bez problemu znalazła się piątka śmiałków – na sesję dotarł również Bartek – mój podopieczny z obozu (jak widać potworki nie miały nie dosyć). Tworzenie postaci, szybkie wyjaśnienie zasad, wprowadzenie do świata i…

Pary wirują na parkiecie nad którym unosi się majestatyczny szkielet Tyranozaura! Wyborny szampan i przednia muzyka! Śmietanka towarzyska Alfheimu spotkała się na otwarciu nowej wystawy Muzeum Królewskiego. Specjalnie na potrzeby tego wydarzenia odnowiono jedno ze starych skrzydeł – datki sponsorów spływały wyjątkowo hojnie.

Bohaterowi uciekają przed gronem wielbicieli i wścibskich dziennikarzy na jeden z tarasów gdzie pod osoloną ciężkich kotar mogą się wymienić plotkami, omówić najnowsze wydarzenia panujące w stolicy (wielkie protesty proletariatu oraz  zamieszki nimi spowodowane) oraz co najważniejsze – dowiedzieć się z pierwszej ręki o planach wydawniczych Ivana Draco (postać Bartka).

Rozmowy przerywa gong – to kustosz ogłasza oficjalne otwarcie wystawy – wstęgę przecina premier wraz z ambasadorem któregoś z sunirskich krajów (który widać, że nie jest zachwycony rabunkową polityką wobec skarbów narodowych jego państwa). Wielkie hebanowe, okute srebrem wrota uchylają się i … Ciemność wybucha ferią barw!!! Oczom zwiedzających ukazują się cudowne kimona, przepiękne miecze, origami, bukiety kwiatowe, prawdziwa dzonka, obrazy dawnych mistrzów, makiety miasta cesarskiego, złotopurpurowe sztandary zwisające z sufitów oraz Klejnot Cesarzowej – największa atrakcja wystawy! Ten olbrzymi diament jest prawdziwie bezcenny – plotki o ciążącej nad nim klątwie dodają mu aurę tajemniczości, która jeszcze bardziej porusza ludzkie (i nie tylko) serca. Westchnienia pełne zachwytów i pochlebne komentarze sprawiają, że kustosz staje się czrwonyny jak piwonia! Nagle…

Wielki parowy gole… yyyyyyy Gaśnie światło :P

Okrzyki przestrachu, mdlejące damy, gniewne domaganie się światła! Maniczne lampy stylizowane na sunirskie lampiony ożywają ponownie.

Chyba nie muszę mówić, że klejnot zniknął prawda?

Bohaterowie wkraczają do akcji – szybie śledztwo ujawnia że na miejscu pojawił się maleńki kryształek a złoty klucz ,który pozwolił by opuścić niepostrzeżenie pomieszczenie  jest w posiadaniu wyłącznie kustosza (nieprzytomnego od nadmiaru wrażeń), wiecznie pijanego portiera, oraz chorującego na anginę współpracownika kustosza.

Bohaterowie postanawiają przeszukać muzeum (a raczej jego część graniczącą z trenem wystawy) i wyjątkowo szybko odkrywają trop. Wraz z towarzyszącym im kustoszem znajdują porzucony przez bandytę łańcuszek do którego przymocowany był diament!

Niespodziewający się niczego bohaterowie kierują się prosto w pułapkę zastawioną przez zuchwałego geniusza zbrodni!!!

Poprzez niezwykle starą klapę w podłodze wchodzą do kazamatów znajdujących się pod muzeum. Zawierają więcej tajemnic niż wszystkie obecnie czynne wykopaliska  północnej Lemurii! Zaginione artefakty, nieskatalogowane zabytki, przesiąknięte magią zwoje olbrzymiej mocy, które nigdy nie doczekały się przeczytania.

Bohaterowie trafiają do niezwykle wysokiego pomieszczenia zastawionego zbutwiałymi skrzyniami oraz nikomu juz nie potrzebnymi eksponatami kilka zardzewiałych zbroi pokrytych grubą warstwą kurzu. Jednoręka mumia, w której rodzina myszy uwiła przytulne gniazdko oraz jeden z pierwszych wyprodukowanych golemów parowych – pokraczna machina przypominająca  stalowego goryla z kominami sterczącymi z silnych barków. Gnom – rytualista (który jako pierwszy przeleciał nad oceanem na latającym dywanie) przygląda się z zaciekawieniem staromodnej machinie gdy… wyczuwa bijący od niej żar! Ktoś rozpalił w palenisku stwora i teraz opentany golem rzuca się na śmiałków! Dołączają do niego zbroje oraz mumia! Trollowa, płomiennowłosa dama „sieka” z rewolwerów do ożywionych zbroi które rozpadają się pod zmasowanym ogniem (dużo przerzutów i cecha gadżetu „seria” ), elfia arystokratka szatkuje swoim wachlarzem z ostrzami mumię zmieniając ją w konfetti, ork pisarz besariuszy rzuca w golema starym wagonikiem z kopalni (10′tka na sile – chłopak wykręcił 43 na kościach :P) to tylko jedne z niewielu popisowych i naprawę ekstraordynaryjnych wydarzeń tej walki.

Wrogowie pokonani – rozstrzygamy stawę (gracze ochronią kustosza oraz uzyskają kolejny trop/zostaną pokonani a ich olśniewające kreacje zostaną zniszczone  co wywoła skandal w towarzystwie). Trop jest jeden – golemy nie atakowały kustosza :P

Po krótkiej dyskusji wspomaganej przez rewolwery pisarza skruszony bandyta przyznaje się do kradzieży! To miał być jego diament, tylko jego! Jego SSSKKKKAAAARRRRRBBB! Czerwone światło przebija się przez surdut i graczom ukazuje się klejnot wrośnięty w żywe ciało kustosz!

Zmienionym głosem oznajmia on – a teraz wszyscy ZGINIECIE!!! Opisuję jak wyciąga ręce w kierunku bohaterów oraz wyładowania manicznie po nich biegające i… Koledze szanownemu Kubusiowi wyrywa się „… i golemy wstają”. Jako wyjątkowo wredny mistrz gry nie moglem odmówić sobie wykorzystana tej podpowiedzi prawda?

Szczątki zbroi, mumii oraz golema zmieniają się w wielkiego behemota napędzanego plugawą magią kryształu. Nawet nie kładę przed nim ilości znaczników. Gracze zaczynają atakować ze wszystkich sił opętanego magią kryształu kustosza! Kilka wyjątkowych rzutów, praktycznie wszyscy wymieniają karty by działać przed potworem, wystawiane joker, dorzucane kości wspomaganie ataków i…

Wielki kuty żyrandol spada zestrzelony celnym pociskiem. Kryształ pęka i uwalnia niezwykłą ilość magicznej energii która rozrzuca bohaterów niczym szmaciane laleczki.

Uszom daje się słyszeć głoś: „NARESZCIE WOLNY BUHAHAHAHAHAHAHAHAHA”

A co dalej? Wywiady, wybór nowego kustosza i kto wie? Może Demon z  Klejnotu Cesarzowej powóci?

Muszę przyznać że jetem naprawdę zadowolony z tej przygody. Mimo mojego nie najlepszego stanu psychofizycznego sesja „pykła” i ja się super bawiłem – mam nadzieje że moi gracze również :P

Opublikowany w wolsung | Komentarzy: 4 »

Z Toporem na zjAvę !!!

Posted by Nurgling w dniu 21/02/2010

Rezygnując z tygodnia pracy (turnus kolonii) udało mi się dotrzeć na pierwszy dzień nowego dziecka Avangardy.

Inicjatywa szczytna – konwent dla graczy bez wodotrysków. Jak było? Zapraszam do lektury.

Po długich negocjacjach zostałem przekonany przez Sadama by dołączyć się do wspólnego wyjazdu krewnych i znajomych Toporów na zjAvę. Dworzec fabryczny, szybka zbiórka i ok 8 osób wyrusza by stawić czoła upiorowi nawiedzającemu stolicę. Już czas spędzony w Torpedzie (nowy pociąg PKP) dał nam przedsmak zabawy – nie obyło się bez sprośnych żartów, omawiania planów na tegoroczna Toporiadę oraz szeroko pojętej integracji wzmacnianej przez wprowadzenie płynnego elementu baśniowego do organizmu. Dworzec (wschodni bądź zachodni), 20 min sprintem i już możemy się akredytować – szybko i sprawnie. Wyjątkowo zaskakującym był fakt, że nie zauważyłem kolejki (ogonka), który winien się ustawiać przed budynkiem. Wszakże o godzinie 11 nawet leniwe istoty fandomowe winny już licznie oblegać budynek conu.

Szybka lustracja budynku: przestronne korytarze (wyjątkowo czyste w związku z nakazem zmiany obuwia), dość dobre oznaczenie atrakcji oraz … pustka. Konwent to nie L5K – jedynie tam duża liczba pustki cieszy. Na korytarzach wyjątkowo łatwo można było zlokalizować prelegentów i szyszki fandomu growego, które to dziś wyjątkowo nie były otoczone wianuszkiem uczestników.

Xaric dość szybko odszukał słabe ogniwo i zaktywizował moją osobę do targania pudeł – nie mam śmiałości odmawiać „szefowi”. Koordynatorka główna – Asia Wolska jak zwykle wraz z mężem roztaczała wokół siebie aurę spokoju. Sale przygotowane. Sklepiki rozstawione. Budynek gotowy na oblężenie – którego niestety nie uświadczyliśmy.

Jako osobistą porażkę traktuję liczbę osób na swojej prelekcji o 13 tj. jedna (zresztą siłą nakłaniana do zostania).

Dalej już było lepiej – dołączyłem się do BARDZO licznej grupy Toporów (Feniksów, Goblinów itd.) by razem z nimi wyciągnąć ze zjAvy jak najwięcej.

Pierwsza prelka: „Groza – ucz się od najlepszych”. Ambivalentia dokonała analizy, syntezy, sublimacji i resublimacji horroru, pomysłów, potworów – było strasznie i … na temat.

Prelekcja Jankosia o Monastyrze – Przyznam że już dawno nie byłem na tak dobrze przeprowadzonej prezentacji systemu. Uczestnicy poznali historię, narody i profesje oraz dowiedzieli się co takiego w Monastyrze jest najlepszego. A było tego sporo.

Dotarłem na końcówkę konkursu wiedzowego „Dzikich Pól” wygranego przez Bajbusa (przy użyciu jednej kuli). Tomek Wolski był jurorem twardym acz sprawiedliwym – jedynie Pigmej vel Góra może mieć do niego żal. Biedak starł się z trzema tonami dowcipu, erudycji i ego Tomka, na czym wyszedł gorzej niż Szwedzi pod Kirchlmem.

„Neuroshimowe gdybanie” Multideja przekształciło się w krótki wykład na temat storylinii systemu oraz tego do czego MG może ją wykorzystać.  Następnie szanowny prelegent wraz ze słuchaczami pogrążyli się w tworzeniu spisku mającego na celu zdominowanie Typhoon Villge przez … ( tu wstawić jedną z sił na mapie Zasranych Stanów)

Ostatnim punktem programu (i wg mnie najciekawszym) był Konkurs Monastyrowy prowadzony przez … szanowne grono Toporów. W szranki stanąłem ja (z zerową znajomością systemu), Sir Jedi (z minusową znajomością systemu – do drugiej tury uważał, że jest na konkursie Wolsungowym) Pigmej i Bajbus.

Konkurs składał się z trzech etapów. Opisywania wybranego kraju bez podawania jego nazwy. Ciekawego przedstawienia tajemnicy postaci (tu górował Jedi który przy pomocy ruchów statku podczas sztormu „przypadkowo” zgwałcił majtka) oraz odegrania scenek z perspektywy jednej z trzech oferowanych przez system profesji (np: ja musiałem egzorcyzmować opętanego Lemka – wyszło tak dobrze, że wytarliśmy sobą ok 20m2 korytarza i wygiąłem odebrane dzień wcześniej okulary)

Zwyciężył … Bajbus a drugie miejsce zajął nigdy nie grający w RPG … Sir Jedi.

Na moją sesję Wolsunga nikt się nie zgłosił – więc zagrałem sobie u innego MG w … Wolsunga. Okazało się, że przetransportowanie chłopca przez harem jest wyłącznie możliwe gdy zostanie zawinięty w dywan. Kupa śmiechu i zabawy – przebieranki, pościgi i nieustraszona praczka jako nemezis postaci.

Godzinka w GamesRoomie, masaż mózgu poprzez grę w Abalone i….

Jedyne co mogę zarzucić zjAvie to mała liczba osób – i szczerze mówiąc – ich strata – ja bawiłem się przednio.

Godzina 24 a ja po kolejnym sprincie jestem już w pociągu zmierzającym do Murzasichla na kolejny turnus kolonii. Płacą mi za granie w RPG :) To tak jakby dawali mi kasę za spanie, jedzenie i czytanie książek – relacja z sesji w Zew Cthulu dla dwunastolatków – już wkrótce.

Opublikowany w konwntowo | Komentarzy: 6 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.